12 sierpnia, 2012
05 sierpnia, 2012
29 lipca, 2012
Czas psychiczny jako rodzaj obłędu
Jeśli popatrzysz jak działanie czasu psychicznego przejawia się w życiu zbiorowym, przestaniesz wątpić, że jest on chorobą umysłową. Przybiera postać ideologii- komunizmu, socjalizmu narodowego czy innego nacjonalizmu - lub skostniałych wierzeń religijnych, w które wpisane jest założenie, że najwyższe dobro leży gdzieś w przyszłości, a zatem cel uświęca środki. Cel jest ideą, punktem ulokowanym w przyszłości, wyprojektowanej z umysłu, i po dotarciu do tego właśnie punktu osiągalne wreszcie stanie się zbawienie w takiej czy innej formie ( szczęście, spełnienie, równość, wolność itd.) Droga do owej ziemi obiecanej często wiedzie poprzez zniewalanie, torturowanie i mordowanie ludzi w teraźniejszości. Szacuje się, że aż pięćdziesiąt milionów wymordowano dla sprawy komunizmu, aby urządzić " lepszy świat"w Rosji, w Chinach i gdzie indziej. Jest to przygnębiający przykład tego jak wiara w przyszłe niebo potrafi stworzyć teraźniejsze piekło. Czy można więc wątpić, że czas psychiczny to ciężka i niebezpieczna choroba umysłowa ? A jaki schemat działania umysłu realizuje się w twoim życiu ? Czy nieustannie usiłujesz dotrzeć gdzieś, gdzie jeszcze cię nie ma ? Czy większość twoich przedsięwzięć to tylko środki, a nie cele ? Czy spełnienie jest stale tuż, tuż ? A może doznajesz go jedynie dzięki krótkotrwałym przyjemnością jak seks, jedzenie, picie, narkotyki lub rozmaite podniety i atrakcje ? Czy zawsze koncentrujesz się na tym, żeby stać się kimś, coś zdobyć albo osiągnąć ? Czy uganiasz się za coraz to nowymi dreszczami i rozkoszami ? Czy wierzysz, że jeśli posiądziesz więcej dóbr materialnych, to dostąpisz większego niż dotąd zaspokojenia, będziesz nareszcie dość dobry albo psychicznie spełniony ? Czy czekasz na kogoś - mężczyznę lub kobietę - kto nada twojemu życiu sens ? Kiedy świadomość pozostaje w normalnych, nieoświeconym stanie utożsamienia z umysłem, czas psychiczny całkowicie przesłania moc i nieskończone możliwości twórcze, które skrywa w sobie teraźniejszość. Z twojego życia znika wtedy dźwięczność, świeżość, poczucie cudowności. W myśleniu, emocjach, zachowaniach, reakcjach i pragnieniach raz po raz przejawiają się stare schematy niby bez końca powtarzane refreny, zapisany w umyśle scenariusz, który wyposaża cię w jakąś tam tożsamość ale zniekształca rzeczywistość bieżącej chwili. Umysł nabawia się obsesji na punkcie przyszłości jako azylu, w którym próbuje się chronić przed niezadowalającą teraźniejszością.
E.Tolle
E.Tolle
17 lipca, 2012
10 lipca, 2012
Szczerze mówiąc czasem jestem sobą przerażona i zastanawiam się gdzie to wszystko się podziało.
Dlaczego jestem sobą przerażona ? Bo wszystkie pełne świeżości, młodzieńcze idee topnieją prędko w codziennej rzeczywistości.
Bardzo czasem tęsknie za wewnętrzną urodą dziecka, które żyje na przekór temu światu, zaczyna się buntować i tworzyć własne idee.
Najgorszy jest moment kiedy dziecko zaczyna konfrontować z rzeczywistością te swoje pomysły, tzn na samym początku jest to zderzenie ze zdaniem dorosłych, którzy najczęściej powiedzą, że tych idei nie ma co się trzymać, a nawet nie wolno bo obowiązuje jakiś porządek, tego i tamtego nie wolno robić bo przecież zostaliśmy wytresowani do konkretnych zadań i zachowań.
To błąd bo z tych niedojrzałych, młodzieńczych pomysłów może rozkwitnąć coś wielkiego i pięknego, chodzi o odrobinę przestrzeni do popełniania błędów i cieszenia się sukcesami.
Pamiętam jak kiedyś nie zgadzałam się wewnętrznie na brak fantazji i znieczulice, która panuje na ulicach, w ludziach, na budynkach, w sklepach, gdziekolwiek, szczególnie tu w Łodzi.
Tworzyłam swoją przestrzeń i realizowałam w nim swoją fantazję na temat tego świata. Gdzie to wszystko do cholery ? Gdzie ta piękna dziecinada ? Gdzie młodzieńcza lekkość? Myślenie i działanie trochę na przekór szarzyźnie i wszechobecnej 'spłyczcyźnie' ?
31 maja, 2012
W mojej głowie jest tyle zajęć, że zabrakło mi czasu na "swoje" pisanie. Czy czas mam wypełniony górą roboty ? Praktycznie raczej nie. Ale w głowie mam tyle zadań, że zabrakło mi miejsca. Obrona, praca, dwa domy, nieustająca podróż. Wykonuje czynności, które mają mnie przybliżyć do zupełnie samodzielnego życia, czy to jest to czym na prawdę chcę się zajmować ? coś mi mówi, że na razie muszę. Nadal sobie marzę ogromnie o tym, że chcę robić to co kocham. I tak będzie bo czemu by nie. Oczywiście cały czas krążę między górami, w których bez końca jestem zakochana, a Łodzią, która mnie zadziwia na różne sposoby czasem w taki sposób, że szybko potrzebuje od niej odpocząć. Przyzwyczajona do życia blisko natury tu w górach, w mieście siadam wieczorami wśród mnóstwa kwiatów na moim balkonie, nawet mnie nie ciągnie do gwaru, nie ciągnie mnie do tego hałasu. On czeka na mnie, ja czekam na niego. Tak mija mi ostatni czas. Po za tym cały czas ćwiczę bycie tu i teraz, bez tego całego zamieszania w głowie, i poczucie, że za jedną cholerną rzeczą przychodzi następna.
11 maja, 2012
Ludzie boją się tego, co w środku,a tylko tam znajdą to,czego im potrzeba.
Ty źle sypiasz. Może dlatego, że nocą,gdy cichną hałasy wokół ciebie,a ty leżysz sam i nikogo nie ma w pobliżu czujesz strach.
Strach przed nagłym poczuciem pustki. Mówisz, że chcesz być kimś wiecej,niż małpa pokazującą na kółkach dwie wyćwiczone sztuczki.Że chcesz wykorzystywać swoje ciało i umysł w sposób,na jaki większość ludzi nie ma odwagi...
Ty źle sypiasz. Może dlatego, że nocą,gdy cichną hałasy wokół ciebie,a ty leżysz sam i nikogo nie ma w pobliżu czujesz strach.
Strach przed nagłym poczuciem pustki. Mówisz, że chcesz być kimś wiecej,niż małpa pokazującą na kółkach dwie wyćwiczone sztuczki.Że chcesz wykorzystywać swoje ciało i umysł w sposób,na jaki większość ludzi nie ma odwagi...
09 maja, 2012
Na
naszych oczach ginie jedna z najcudowniejszych sztuk a zarazem
najlepszy lek dla skołatanej psychiki - szczera rozmowa. Umiemy
prezentować własne poglądy, przemawiać, kłócić się,
opowiadać, ale nie umiemy rozmawiać. Bo rozmowa to nie tylko
wyrzucanie z siebie tego, co nas gnębi, denerwuje czy oburza, to
także wsłuchiwanie się w drugiego człowieka, szczere
zainteresowanie się jego problemami i przeżyciami. I jeśli ktoś
zastanawia się, dlaczego tak trudno dziś o prawdziwą przyjaźń,
także w małżeństwie, to odpowiedź jest jedna- odejście od tego,
co stanowiło niegdyś istotę każdego bliskiego związku dwojga
ludzi, odejście od rozmawiania ze sobą.
Jeden
z psychologów amerykańskich, specjalizujący się w problematyce
konfliktów małżeńskich, przeprowadził niedawno badania dotyczące
czasu poświęcanego na rozmowy pomiędzy przeciętnymi małżonkami.
Czuły mikrofon, podłączony do magnetofonu, rejestrował każde
wypowiedziane w ciągu tygodnia słowo. I cóż okazało się ?
Przeciętne małżeństwo ze 168 godzin, jakie liczy tydzień, na
rozmowę ze sobą poświęciło...17 minut! Podkreślam! 17 minut w
ciągu tygodnia, nie w ciągu dnia !
Jak
więc ci ludzie mieli się wzajemnie rozumieć, czuć ze sobą trwale
związani, skoro praktycznie rzecz biorąc wyłącznie komunikowali
się ze sobą – wydawali polecenia, udzielali informacji, ale nie
rozmawiali, nie starali się spojrzeć w głąb siebie.
Charlie
Sheed, autor popularnych w USA poradników psychologicznych, napisał
w jednej ze swoich książek, iż zaraz po ślubie zawarł ze swoją
żoną swoistą umowę.
Postanowili
przynajmniej raz w tygodniu zjadać jeden wspólny posiłek. Tylko we
dwoje.
Bez
rodziców, przyjaciół, dzieci. Z biegiem lat stawało się to coraz
trudniejsze. Rodziły się dzieci ( pięcioro!), przybywało
obowiązków, ale rytuał trwał. Nawet w okresach największego
obciążenia udawało się im uciec od najbliższych na intymny obiad
lub kolacje we dwoje.
Drugi
punkt umowy przewidywał codzienne piętnastominutowe wnikanie w głąb
siebie.
To
znaczy piętnaście minut absolutnie szczerej rozmowy, wzajemnego
odsłaniania duszy.
To
wystarczyło, by stworzyć bardzo trwały, wręcz modelowy związek.
Charlie
i Marta stali się bowiem nie tylko mężem i żoną, ale parę
najbliższych przyjaciół.
Takie
chwile tylko dla siebie są potrzebne w każdym związku, nie tylko
małżeńskim. Powinni zarezerwować je dla siebie przyjaciele,
rodzeństwo i rodzice z dziećmi.
Któż
z nas potrafi szczerze i otwarcie rozmawiać z dziećmi ? Pouczamy
je, strofujemy, krytykujemy lub chwalimy, ale nie rozmawiamy z nimi
spokojnie, bez pośpiechu – więcej słuchając, niż mówiąc. To
także bardzo ważne. Prawdziwa przyjaźń bowiem częściej słucha,
niż mówi...
Piękną
sztukę rozmowy, którą tak wysoko ceniła starożytność, a
nowożytność znakomicie rozwinęła, zabijają stały pośpiech,
pogoń za groszem, telewizja. Spróbujmy jednak wziąć przykład z
Charliego i Marty Sheddów, a staniemy się sobie prawdziwie bliscy.
Nina
Grella
04 maja, 2012
04 kwietnia, 2012
20 marca, 2012
08 marca, 2012
W dzień kobiet wrócę z do rozmowy Wojciecha Eichelbergera z Renatą Dziurdzikowską, fragment książki "Zatrzymaj się".
-Jaką kobietę określiłbyś jako piękną? Podobno mężczyźni najbardziej zwracają uwagę na nasze nogi, potem biust, oczy, biodra, talię. Wolą blondynki niż brunetki...
-Jest tylko jeden jedyny rodzaj pięknych kobiet - to kobiety pogodzone ze sobą.
— Czyli jakie?
- Kobieta pogodzona ze sobą cieszy się, że jest kobietą, lubi siebie, swoje ciało, bez względu na to, jak się ono ma do aktualnie obowiązujących standardów estetycznych i mody. Piękna kobieta tak naprawdę nie interesuje się tym, jak wygląda, nie patrzy w lustro. Jest kobietą wewnętrzną. Z kobietami, i w ogóle ze wszystkimi ludźmi, jest tak jak z drzewami. Tyle drzew, każde inne - dąb, brzoza, buk, osika czy sosna — i każde na swój sposób piękne.
- Po czym poznajesz, że oto masz do czynienia z piękną, czyli pogodzoną ze sobą kobietą?
- To widać na pierwszy rzut oka: po sposobie, w jaki się porusza, jak nosi głowę, jak patrzy na świat, jak się uśmiecha, jak używa swojego głosu. Widać po niej, że daje sobie prawo do tego, by istnieć i cieszyć się życiem, będąc taką, jaka jest.
- Po prostu - „jestem i już"?
- Tak - taka jestem, jaka jestem. Taka się urodziłam i nie muszę się do niczego i do nikogo dostosowywać. Piękna kobieta nie traktuje ciała jako przedmiotu, który ma spełnić jakąś określoną rolę; ciało nie jest dla niej manekinem do ubierania ani czymś do podziwiania czy uwodzenia. Ubiera się przede wszystkim wygodnie, z troską, by dobrze się czuć. Modą potrafi się bawić. Nigdy nie jest jej niewolnicą.
— A jeśli czuje się świetnie właśnie wtedy, gdy jest ubrana według najnowszych wskazówek mody, gdy dwie godziny spędza przed lustrem, robiąc makijaż?
— W ten sposób często mówią kobiety, które nastawione są głównie na to, by swoim wyglądem sprawiać wrażenie. Oczywiście mogą dobrze się z tym czuć, ale z zupełnie innych powodów. Dobrze się czują, ponieważ widzą, że są akceptowane, podziwiane czy pożądane.
— Czy to źle?
— Nie najlepiej. Pogodzona ze sobą kobieta, czyli ta prawdziwie piękna, nie kieruje się tym, czy się podoba, czy nie, jak wygląda w oczach innych, jakie zrobi wrażenie, co o niej pomyślą. Ona szuka zgody ze sobą, sposobu na wyrażanie siebie, własnej indywidualności. I pokazuje to swoim wyglądem, który jest ponadczasowy, tak jak i ona sama jest ponadczasowa. Ubranie, które na siebie wkłada, jest po to, by oddawało jej nastrój i jej osobowość. Czuje się dobrze w swoim ciele i intuicyjnie robi to, co dla niej najlepsze. Traktuje siebie podmiotowo. Jeśli chcemy sprawiać wrażenie, traktujemy siebie przedmiotowo, sprzedajemy się. Można się czasem tak pobawić, ale nie o to chyba chodzi w życiu. Poza tym dobre samopoczucie spowodowane tym, że ktoś nas podziwia czy pożąda, to ulotna sprawa — i tak przecież nie zdołamy zadowolić wszystkich.
— Jeśli tak bardzo zależy mi, by robić na innych wrażenie, to znaczy, że głęboko w sobie czuję, że jest ze mną coś nie tak, że nie jestem w porządku?
— Oczywiście. Jedynym wyjściem jest budować w sobie wewnętrzne poczucie wartości, które nie ma nic wspólnego z wyglądem. Chyba od czasów, gdy kobiety były niewolnicami, pokutuje w ich umysłach bardzo mocne przeświadczenie, że o wartości kobiety decyduje to, czy będzie się podobać mężczyźnie. Stąd te ciągłe pytania: co lubią w kobietach mężczyźni? Czy to nie przypomina targu niewolnic?
— Same kręcimy na siebie bat. Bardzo interesuje nas, co lubią mężczyźni; mały czy duży biust, szerokie biodra, a może wąskie, płaski brzuch czy wręcz przeciwnie. I badania na ten temat ochoczo drukujemy w naszych pismach.
— Przekonanie, że najważniejsze to sprawiać wrażenie i podobać się, jest spuścizną niewolnictwa. Na szczęście wiele wrażliwych i świadomych kobiet czuje wewnętrzny sprzeciw na samą myśl o tym. To nieprawda, że mężczyźni mają jakiś określony gust, że preferują jakiś rodzaj kobiecej urody.
— Ale badania...
— Badania dotyczą czegoś innego — preferencji estetycznych. Ale przecież przy wyborze partnerki na życie nieważne jest ciało, które przecież tak szybko się zmienia. Sprawy o wiele ważniejsze to radość życia, przymioty serca i charakteru, a także żywotność, temperament.
— Cokolwiek by mówić o pięknie wewnętrznym, w świecie, w którym żyjemy, obowiązuje bardzo konkretne i wymierne piękno. I „obiektywnie" ładnym żyje się łatwiej — bardziej ich lubimy, jesteśmy dla nich uprzejmi, chętnie pokazujemy się w ich towarzystwie. Dostają lepszą pracę i szybciej awansują.
- To media lansuj ą Ładnego—w reklamach Ładny jeździ dobrym samochodem, używa luksusowych towarów, zarabia duże pieniądze, jest inteligentny i wszechstronny. W ludzkich umysłach powstaje skojarzenie, że Ładny jest lepszy, że należy do kasty ludzi szczególnych, swoistych aniołów. Dlatego Ładnych traktujemy lepiej i dajemy im więcej szans. Ale z moich doświadczeń z kobietami, nie tylko w gabinecie terapeutycznym, niezbicie wynika, że te najładniejsze są często najbardziej nieszczęśliwe.
— I najczęściej — ku zdumieniu świata — samotne.
— Ładna kobieta jako dorastająca dziewczyna jest częściej odrzucana przez matkę. Matka, świadomie lub nie, postrzega córkę jako rywalkę. Jak macocha w baśni o królewnie Śnieżce, z niepokojem zagląda do lusterka i pyta, kto jest najpiękniejszy na świecie. Gdy widzi w lusterku własną, niemłodą już twarz, postanawia córkę królewnę uśpić. Od tej pory dziewczyna po kilka razy dziennie słyszy, że jest brzydka, okropna, do niczego. Wyrasta w przekonaniu, że nie zasługuje na miłość. (...)
-Jaką kobietę określiłbyś jako piękną? Podobno mężczyźni najbardziej zwracają uwagę na nasze nogi, potem biust, oczy, biodra, talię. Wolą blondynki niż brunetki...
-Jest tylko jeden jedyny rodzaj pięknych kobiet - to kobiety pogodzone ze sobą.
— Czyli jakie?
- Kobieta pogodzona ze sobą cieszy się, że jest kobietą, lubi siebie, swoje ciało, bez względu na to, jak się ono ma do aktualnie obowiązujących standardów estetycznych i mody. Piękna kobieta tak naprawdę nie interesuje się tym, jak wygląda, nie patrzy w lustro. Jest kobietą wewnętrzną. Z kobietami, i w ogóle ze wszystkimi ludźmi, jest tak jak z drzewami. Tyle drzew, każde inne - dąb, brzoza, buk, osika czy sosna — i każde na swój sposób piękne.
- Po czym poznajesz, że oto masz do czynienia z piękną, czyli pogodzoną ze sobą kobietą?
- To widać na pierwszy rzut oka: po sposobie, w jaki się porusza, jak nosi głowę, jak patrzy na świat, jak się uśmiecha, jak używa swojego głosu. Widać po niej, że daje sobie prawo do tego, by istnieć i cieszyć się życiem, będąc taką, jaka jest.
- Po prostu - „jestem i już"?
- Tak - taka jestem, jaka jestem. Taka się urodziłam i nie muszę się do niczego i do nikogo dostosowywać. Piękna kobieta nie traktuje ciała jako przedmiotu, który ma spełnić jakąś określoną rolę; ciało nie jest dla niej manekinem do ubierania ani czymś do podziwiania czy uwodzenia. Ubiera się przede wszystkim wygodnie, z troską, by dobrze się czuć. Modą potrafi się bawić. Nigdy nie jest jej niewolnicą.
— A jeśli czuje się świetnie właśnie wtedy, gdy jest ubrana według najnowszych wskazówek mody, gdy dwie godziny spędza przed lustrem, robiąc makijaż?
— W ten sposób często mówią kobiety, które nastawione są głównie na to, by swoim wyglądem sprawiać wrażenie. Oczywiście mogą dobrze się z tym czuć, ale z zupełnie innych powodów. Dobrze się czują, ponieważ widzą, że są akceptowane, podziwiane czy pożądane.
— Czy to źle?
— Nie najlepiej. Pogodzona ze sobą kobieta, czyli ta prawdziwie piękna, nie kieruje się tym, czy się podoba, czy nie, jak wygląda w oczach innych, jakie zrobi wrażenie, co o niej pomyślą. Ona szuka zgody ze sobą, sposobu na wyrażanie siebie, własnej indywidualności. I pokazuje to swoim wyglądem, który jest ponadczasowy, tak jak i ona sama jest ponadczasowa. Ubranie, które na siebie wkłada, jest po to, by oddawało jej nastrój i jej osobowość. Czuje się dobrze w swoim ciele i intuicyjnie robi to, co dla niej najlepsze. Traktuje siebie podmiotowo. Jeśli chcemy sprawiać wrażenie, traktujemy siebie przedmiotowo, sprzedajemy się. Można się czasem tak pobawić, ale nie o to chyba chodzi w życiu. Poza tym dobre samopoczucie spowodowane tym, że ktoś nas podziwia czy pożąda, to ulotna sprawa — i tak przecież nie zdołamy zadowolić wszystkich.
— Jeśli tak bardzo zależy mi, by robić na innych wrażenie, to znaczy, że głęboko w sobie czuję, że jest ze mną coś nie tak, że nie jestem w porządku?
— Oczywiście. Jedynym wyjściem jest budować w sobie wewnętrzne poczucie wartości, które nie ma nic wspólnego z wyglądem. Chyba od czasów, gdy kobiety były niewolnicami, pokutuje w ich umysłach bardzo mocne przeświadczenie, że o wartości kobiety decyduje to, czy będzie się podobać mężczyźnie. Stąd te ciągłe pytania: co lubią w kobietach mężczyźni? Czy to nie przypomina targu niewolnic?
— Same kręcimy na siebie bat. Bardzo interesuje nas, co lubią mężczyźni; mały czy duży biust, szerokie biodra, a może wąskie, płaski brzuch czy wręcz przeciwnie. I badania na ten temat ochoczo drukujemy w naszych pismach.
— Przekonanie, że najważniejsze to sprawiać wrażenie i podobać się, jest spuścizną niewolnictwa. Na szczęście wiele wrażliwych i świadomych kobiet czuje wewnętrzny sprzeciw na samą myśl o tym. To nieprawda, że mężczyźni mają jakiś określony gust, że preferują jakiś rodzaj kobiecej urody.
— Ale badania...
— Badania dotyczą czegoś innego — preferencji estetycznych. Ale przecież przy wyborze partnerki na życie nieważne jest ciało, które przecież tak szybko się zmienia. Sprawy o wiele ważniejsze to radość życia, przymioty serca i charakteru, a także żywotność, temperament.
— Cokolwiek by mówić o pięknie wewnętrznym, w świecie, w którym żyjemy, obowiązuje bardzo konkretne i wymierne piękno. I „obiektywnie" ładnym żyje się łatwiej — bardziej ich lubimy, jesteśmy dla nich uprzejmi, chętnie pokazujemy się w ich towarzystwie. Dostają lepszą pracę i szybciej awansują.
- To media lansuj ą Ładnego—w reklamach Ładny jeździ dobrym samochodem, używa luksusowych towarów, zarabia duże pieniądze, jest inteligentny i wszechstronny. W ludzkich umysłach powstaje skojarzenie, że Ładny jest lepszy, że należy do kasty ludzi szczególnych, swoistych aniołów. Dlatego Ładnych traktujemy lepiej i dajemy im więcej szans. Ale z moich doświadczeń z kobietami, nie tylko w gabinecie terapeutycznym, niezbicie wynika, że te najładniejsze są często najbardziej nieszczęśliwe.
— I najczęściej — ku zdumieniu świata — samotne.
— Ładna kobieta jako dorastająca dziewczyna jest częściej odrzucana przez matkę. Matka, świadomie lub nie, postrzega córkę jako rywalkę. Jak macocha w baśni o królewnie Śnieżce, z niepokojem zagląda do lusterka i pyta, kto jest najpiękniejszy na świecie. Gdy widzi w lusterku własną, niemłodą już twarz, postanawia córkę królewnę uśpić. Od tej pory dziewczyna po kilka razy dziennie słyszy, że jest brzydka, okropna, do niczego. Wyrasta w przekonaniu, że nie zasługuje na miłość. (...)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









