24 grudnia, 2012

(autor : Agnieszka Górkiewicz)

Na scynście , na zdrowie , na ty Boze Świynta
zeby sie Wom chowali chłopcy i dziywcenta .
Zeby sie Wom rodziło , kopiło ,
dyślem do stodoły łobróciło .
Zebyście mieli gości ,
Tyle , co na gałonzecce łości .
Zebyście mieli pełne stodoły , pełne pudła
zeby Wom gospodyni u pieca nie schudła .
Zebyście mieli w kazdym kontku
po dzieciontku
a na piecku troje .
I zebyście nie godali ,
ze to kiere moje .
Na scyńści , na zdrowie
Na tyn Nowy Rok
zebyście mieli scynście cały bozy rok .
Zebyście byli zdrowi , weseli
jako w niebie janieli .

21 grudnia, 2012

na koniec świata i początek coś o miłości



Było raz stare, majestatyczne drzewo, którego gałęzie rozpościerały się ku niebu. Gdy kwitło, motyle rozmaitych kształtów, barw i rozmiarów przylatywały i tańczyły wokół niego. Gdy rodziło owoce, przylatywały do niego ptaki z dalekich krajów. Jego gałęzie były jak ramiona wyciągnięte na wietrze, całe wyglądało tak pięknie.

Codziennie mały chłopiec przychodził bawić się pod nim, a wielkie stare drzewo zakochało się w małym chłopcu. Wielkie i stare może zakochać się w małym, młodym, jeśli wielkie nie uważa, że jest wielkie. Drzewo nie uważało, że jest wielkie – tylko ludzie żywią tego rodzaju wyobrażenia – więc zakochało się w chłopcu. Ego zawsze próbuje być zakochane w większym. Ego  zawsze próbuje związać się z większymi od siebie. Ale dla miłości nikt nie jest duży ani mały. Miłość obejmuje wszystkich, którzy się zbliżą.A więc w drzewie obudziła się miłość do tego małego chłopca, który bawił się blisko niego. Jego gałęzie były wysoko, ale ono je zgięło i opuściło w dół, aby mógł zrywać jego kwiaty i zbierać owoce. Miłość zawsze jest gotowa się zgiąć; ego nigdy nie jest do tego gotowe. Gdy zbliżysz się do ego, wypręży się jeszcze bardziej, zesztywnieje tak, że nie będziesz mógł go dotknąć. Ten, kogo można dotknąć, uważany jest za małego. Ten, kogo nie można dotknąć,  kto siedzi na tronie władzy w stolicy, uważany jest za wielkiego.
Przychodzi swawolne dziecko, a drzewo zgina gałęzie. Gdy dziecko zerwało kilka kwiatów, drzewo ogromnie się ucieszyło, całe jego jestestwo przepełniło się radością miłości. Miłość jest szczęśliwa, gdy może coś dać; ego jest szczęśliwe, gdy może coś wziąć.
Chłopiec rósł. Czasem spał w zagłębieniu drzewa, czasem jadł jego owoce, a czasem nosił koronę z jego kwiatów i zachowywał się jak mały król dżungli. Gdy w naszym życiu kwitną kwiaty miłości, upodobniamy się do króla, ale gdy obecne są ciernie ego, stajemy się biedni i żałośni. Widok chłopca tańczącego w koronie z kwiatów napełniało drzewo radością. Kołysało się w miłości, śpiewało na wietrze. Chłopiec urósł jeszcze bardziej. Zaczął wspinać się na drzewo, by huśtać się na jego gałęziach. Drzewo czuło się bardzo szczęśliwe, gdy chłopiec odpoczywał w jego konarach. Miłość jest szczęśliwa, gdy daje komuś dobre samopoczucie; ego jest szczęśliwe tylko wtedy, gdy odbiera komuś dobre samopoczucie.
Z upływem czasu na chłopca spadł ciężar innych obowiązków. Pojawiły się ambicje; musiał zdawać egzaminy; rywalizował z przyjaciółmi, więc nie przychodził regularnie. Ale drzewo czekało na niego niecierpliwie. Przyzywało go całą duszą: “Przyjdź, przyjdź. Czekam na ciebie”. Miłość zawsze czeka na ukochanego. Miłość oczekuje. Drzewo było smutne, kiedy chłopiec nie przychodził. Miłość smuci się tylko z jednego powodu: gdy nie może się dzielić; jest smutna, gdy nie może dawać. Miłość jest szczęśliwa, kiedy może się dzielić. Najszczęśliwsza jest, gdy może dać wszystko.
Chłopiec urósł jeszcze bardziej i coraz rzadziej przychodził do drzewa. Ktoś, kto nabiera znaczenia w świecie ambicji, znajduje coraz mniej czasu dla miłości. Chłopiec, był teraz ambitny i pochłonięty sprawami materialnymi: “Jakie drzewo? Dlaczego miałbym je odwiedzać?”
Pewnego dnia, gdy przechodził obok, drzewo zawołało do niego: “Posłuchaj!” Jego głos brzmiał w powietrzu: “Posłuchaj! Czekam na ciebie, ale ty nie przychodzisz. Czekam na ciebie każdego dnia”.
Chłopiec rzekł: ” Co masz takiego, żebym miał do ciebie przychodzić? Ja szukam pieniędzy”. Ego zawsze czegoś chce: “Co masz do zaoferowania, żebym miał do ciebie przyjść? Mogę przyjść, jeśli możesz mi coś dać. Inaczej nie mam po co przychodzić”. Ego zawsze ma jakiś zamiar, cel. Miłość nie ma żadnego zamiaru, celu. Miłość sama sobie jest nagrodą.
Zaskoczone drzewo powiedziało: “Będziesz przychodził tylko wtedy, kiedy ci coś dam? Mogę dać ci wszystko, co mam.” To, co odmawia, nie jest miłością. Ego odmawia, miłość daje bezwarunkowo. “Ale ja nie mam pieniędzy. To tylko ludzki wynalazek. My, drzewa, nie cierpimy na tę chorobę i jesteśmy szczęśliwe”, powiedziało drzewo. “Na nas kwitną kwiaty. Rośnie na nas wiele owoców. Dajemy kojący cień. Tańczymy na wietrze i śpiewamy pieśni. Niewinne ptaki skaczą po naszych gałęziach i świergocą, ponieważ nie mamy pieniędzy. W dniu, kiedy zaangażujemy się się w robienie pieniędzy,  staniemy się równie nędzne i żałosne , jak wy, ludzie, którzy siedzicie w świątyniach i słuchacie kazań o tym, jak uzyskać spokój, jak znaleźć miłość. Nie, nie, my nie mamy pieniędzy”.
Chłopiec rzekł: “A więc po co miałbym do ciebie przychodzić? Będę musiał pójść tam, gdzie są pieniądze. Potrzebuję pieniędzy”. Ego prosi o pieniądze, bo pieniądze to władza. Ego potrzebuje władzy.
Drzewo głęboko się zastanowiło, potem zrozumiało coś i powiedziało: “Zrób jedną rzecz. Zerwij wszystkie moje owoce i sprzedaj je. W ten sposób możesz zdobyć pieniądze”.
Chłopiec natychmiast się rozpromienił. Wspiął się na drzewo i zerwał wszystkie owoce; strząsnął nawet niedojrzałe. Działał tak gwałtownie, że gałęzie się połamały, liście opadły. Drzewo było bardzo szczęśliwe, przepełnione radością. Miłość, nawet gdy zostanie połamana, jest szczęśliwa. Ale ego nie jest szczęśliwe, nawet gdy dostaje; ego jest tylko nieszczęśliwe.
Chłopiec nawet się nie odwrócił, żeby podziękować drzewu. Ale drzewo nie zauważyło tego. Otrzymało swoje podziękowanie, gdy chłopiec przyjął ofiarę jego miłości; zebrał i sprzedał jego owoce.
Chłopiec nie wracał przez długi czas. Teraz miał pieniądze i próbował zrobić z nich więcej pieniędzy. Całkiem zapomniał o drzewie. Mijały lata. Drzewo było smutne. Tęskniło za chłopcem, jak matka, której piersi przepełnione są mlekiem, ale której dziecko zginęło. Całe jej jestestwo łaknie dziecka, pragnie go odnaleźć, by przyszło i ulżyło jej. Taki krzyk wypełniał wnętrze tego drzewa. Jego cała istota cierpiała katusze.
Po wielu latach, już jako dorosły, chłopiec przyszedł do drzewa.
Drzewo powiedziało: “Chodź do mnie. Chodź i obejmij mnie”.
Mężczyzna rzekł: “Skończ z tym nonsensem. To było dobre w dzieciństwie”. Ego postrzega miłość jako nonsens, dziecięcą fantazję.Ale drzewo zapraszało go: “Chodź, pokołysz się na moich gałęziach, zatańcz ze mną”.
Mężczyzna odparł: “Przestań gadać na darmo! Chcę zbudować dom. Czy możesz dać mi dom?”.
Drzewo wykrzyknęło: “Dom! Ja żyję bez domu”.
Tylko ludzie żyją w domach. Nikt inny na tym świecie prócz nich nie żyje w domu. I widzicie, w jakim są stanie ci mieszkający w domach ludzie? Im większy dom, tym człowiek staje się mniejszy.
“My nie żyjemy w domach. Ale możesz zrobić jedno, możesz obciąć i zabrać moje gałęzie – wtedy będziesz mógł zbudować dom”.
Nie zwlekając, mężczyzna przyniósł siekierę i odrąbał wszystkie gałęzie drzewa. Teraz drzewo było nagim pniem. Ale było bardzo szczęśliwe. Miłość jest szczęśliwa, nawet gdy utraci członki dla ukochanego. Miłość jest dawaniem; miłość zawsze jest gotowa się dzielić.
Mężczyzna nie raczył nawet obejrzeć się na drzewo. Budował dom. Dnie przychodziły w lata.
Pień czekał. Chciał go przywołać, lecz nie miał ani gałęzi, ani liści, by wydać głos. Wiatry wiały, ale on nie mógł wydać głosu. A mimo to w jego duszy rozbrzmiewał tylko jeden krzyk: “Przyjdź, mój ukochany. Przyjdź”.
Upłynęło wiele czasu i mężczyzna stał się starcem. Kiedyś przychodził obok i stanął przy drzewie.
Drzewo spytało: “Co jeszcze mogę dla ciebie zrobić? Bardzo długo cię nie było”.
Starzec powiedział: “Co możesz dla mnie zrobić? Chcę udać się do dalekich krajów, zarobić więcej pieniędzy. Potrzebuję łodzi”.
Drzewo radośnie odrzekło: “Zetnij mój pień i zrób z niego łódź. Będę bardzo szczęśliwy, kiedy stanę się twoją łodzią i pomogę ci popłynąć do dalekich krajów po pieniądze. Ale proszę, pamiętaj, dbaj o siebie i szybko wracaj. Zawsze będę na ciebie czekać”.
Mężczyzna przyniósł piłę, ściął pień, zrobił łódź i odpłynął.Teraz drzewo jest małym pniakiem. I czeka na powrót ukochanego. Czeka i czeka i czeka. Ale teraz nie ma już nic do zaoferowania. Być może mężczyzna nigdy nie powróci do niego; ego idzie tylko tam, gdzie może coś zyskać. Ego nie idzie tam, gdzie nic nie można uzyskać.
Pewnej nocy odpoczywałem w pobliżu tego pniaka. Wyszeptało do mnie:
“Mój  przyjaciel jeszcze nie wrócił. bardzo się martwię, czy nie utonął lub nie zginął. Mógł zaginąć w jakimś dalekim kraju. Może już nawet nie żyje. Tak bardzo chciałbym usłyszeć jakieś wieści o nim! Zbliżam się do kresu życia, byłbym więc zadowolony, gdybym przynajmniej czegoś się o nim dowiedział. Wtedy mógłbym umrzeć szczęśliwie. Ale on by nie przyszedł, nawet gdybym mógł go zawołać. Nie mogę już nic dać, a on rozumie tylko język brania“.
W głębi ludzkiego serca jest już miłość, potrzebuje jednak przestrzeni, pustki, w której może się pojawić. Ale wszyscy wypełnieni jesteśmy swoim “ja”, każdy przechwala się swoim “ja”. Pamiętajcie dopóki wasze jestestwo krzyczy “ja”, jesteście studnią pełną piasku i kamieni, i strumień miłości nie wpłynie do tej studni – nie może.
z nauk Osho na podstawie “The Giving Tree” Shel Silverstein

19 grudnia, 2012


Zupełnie samotne noce, 
Zaczęłam je wykorzystywać w końcu.
Nareszcie nie do codziennego topienia w alkoholu swoich myśli...
…ale do poznawania siebie, zgłębiania tajemnic czasu, w którym jestem i poznawania od nowa swoich możliwości przebywania w zupełnej samotności. 
Na początku za wszelką cenę chciałam od  tego uciec, teraz już nie było wyjścia…tzn znalazłoby się jakieś ale podjęłam decyzję…zobaczmy znów jak to jest.
Siadam więc wieczorami sama w zupełnej ciszy i dogaduje się ze sobą, kiedy dogadam się już ze sobą, zobaczę, że umysł spowalnia i przestaje być wystraszony samotnością, zapisuje czego się nauczyłam w ciągu ostatnich dni, w ciągu  tego zmagania się umysłu czyli poznawania siebie znów w ciszy. 
Przeklinałam ten czas jeszcze parę dni temu,  było mi okropnie, momentami nie do zniesienia ale to przyniosło mi bardzo ważną naukę. 
A jaką to już zachowam dla siebie.


Tęsknie za naturą, za śniegiem w górach, za jazdą na nartach, za górską ciszą, przestrzenią i wolnością.







15 grudnia, 2012

Koniec świata


Zastanawialiście się pewnie o co chodzi z końcem świata. 
Ja też…też się zastanawiam nad początkiem.
Wyobrażacie sobie, że w  ten wyznaczony przez majów dzień 21 grudnia wybrany nieprzypadkowym przypadkiem z pośród ich wielu kalendarzy zahuczy potężny głos mówiący jednocześnie we wszystkich językach. Ten ogromny głos, od którego zadrży ziemia, do każdego powie co innego, to co najbardziej jest każdemu potrzebne, czasem może będzie wystarczył tylko jeden dźwięk, który będzie czynił ludzi przebudzonymi. Niektórzy od razu umrą ze strachu, inni znów będą biegać za własnym ogonem tak jak to do tej pory robili tylko w tak przerażającym tempie, że albo się zatrzymają i złapią oddech albo oślepną.   Inni znów będą siedzieć pod drzewem i rozmawiać z naturą, inni będą sadzić nowe drzewa z czystym sumieniem, inni znów brudni sumieniem będą starać się oczyścić ją środkami chemicznymi tylko po to żeby dostać nagrodę od wielkiego głosu. Jeszcze inni obwieszeni złotem będą ciągnąć swoje głowy po betonie z miną dumnego, nadętego bogacza. 
Czy coś się zmieni ? 


12 grudnia, 2012

Nash: "Does our relationship warrant long-term commitment? I need some kind of proof, some kind of verifiable, empirical data."
Alicia: "I'm sorry, just give me a moment to redefine my girlish notions of romance. How big is the universe?"
Nash: "Infinite."
Alicia: "How do you know? "
Nash: "I know because all the data indicates it's infinite."

Alicia: "But it hasn't been proven yet."
Nash: " No."
Alicia: "You haven't seen it."
Nash: "No."
Alicia: " How do you know for sure?"
Nash: "I don't, I just believe it."
Alicia: "It's the same with love I guess." (A Beautiful Mind )

11 grudnia, 2012

17 listopada, 2012


Mieszkanie samemu, przynajmniej te pierwsze dni to dziwny czas…czuje się jakbym przyleciała z księżyca, znów poznaje się na nowo. 
Lubię ten stan, że mogę na luzie wyciągnąć nogi, puścić muzyczkę nie przeszkadzając nikomu, zjeść co tam chcę i chodzić w czym chcę. Fajnym uczuciem jest też to, że można urządzać miejsce po swojemu od samego początku.
 Ale wicie co ? Straśnie brakuje osoby po drugiej stronie stołu żeby wspólnie zjeść zupę. 

08 listopada, 2012

My ludzie gramy często w przedziwne gry,  którym sami się dziwimy.
Stwarzamy sobie sytuacje jak ciasne pudełka, w których trudno jest się nam poruszać... ale siedzimy w nich uparcie, nie dość tego... przyjmujemy w nich różne dziwne pozy (udając, że jest nam wygodnie) żeby sprawiać wrażenie takich, którzy całkowicie panują nad sytuacją i wiedzą co się stanie za chwilę albo co zrobić żeby stało się tak, a nie inaczej.
Patrzyliście na to kiedyś otwartym umysłem i szeroko otwartymi oczyma ? Patrzyliście na siebie z boku ? Czy widzieliście jacy jesteśmy w tym śmieszni ? Jacy mało spontaniczni czyli totalnie skrępowani nakazami i zakazami w swoich głowach ? Czy to nie zabawne widzieć siebie w bardzo pokracznej pozie przypominając biegającego indyka, który czegoś się wystraszył, w związku z czym próbuje udawać drapieżce. Czy to nie śmieszne ?
Wyraźnie to widać w związkach...na początku znajomości, kiedy obydwie strony będą udawać, że nie są sobą zainteresowane, istnieje wiele powodów...wszystko jednak zaczyna się od strachu.       Narzucamy sobie nakaz udawania. Udajemy, że chyba w sumie to nie chcemy niczego poważnego, że może i jesteśmy zainteresowani drugą osobą ale w sumie nie wiadomo czy do końca i dlaczego. Zakaz zbytniego zbliżania się,  zakaz oddania się, zakaz całkowitego pokazania, że nam zależy.  Wywijamy swoim indyczym łbem udając drapieżce. Stajemy na jednej nodze, szyje wyciągamy do przodu, wzrok nerwowo odwracamy do tyłu... zerkamy szybko ale tylko wtedy kiedy wydaje nam się, że druga strona nie patrzy, ...a to wszystko w swoim ciasnym pudełeczku ...skrępowani strachem, któremu dajemy rządzić.
W co my gramy ?

25 października, 2012

Powietrzna siło, oddechu w nadętych płucach, oddechu co wychodzisz moimi drzwami i biegniesz przez cały wczechświat ratując i odżywiając go co milisekundę i łącząc mnie z oddechami innych.
Jesteś nieskończonym ogromem, a więc mam do Ciebie pytanie ? Dlaczego my tak mało Ciebie znamy? ...czasem przez całe życie zauważamy Cię tylko kilka razy, często jedynie wtedy kiedy zaczyna nam Ciebie brakować.

18 października, 2012

Z TĘSKNOTY ZA PUSZYSTYMI CIEPEŁKAMI

Bajka o szu-du-du to najważniejsza przypowieść stosowana w analizie transakcyjnej, psychologicznej koncepcji stworzonej przez Erica Berne’a. Puszyste ciepełka z bajki symbolizują podstawowe pragnienie człowieka - potrzebę kontaktu i bliskości fizycznej, która z czasem dojrzewa i przyjmuje postać pragnień związanych z bliskością emocjonalną.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami było królestwo, w którym ludzie żyli długo i szczęśliwie. Nie było tam nieszczęść, chorób i przemocy. Każdy mieszkaniec tego królestwa miał swój woreczek z szu-du-du, z którym przychodził na świat. Gdy tylko ludzie spotykali się, zaraz obdarowywali się puszystymi ciepełkami, które dawały poczucie bliskości i zadowolenia. Woreczki miały czarodziejską moc, bo napełniały się puszystymi ciepełkami, gdy tylko trochę z nich ubyło. Mieszkańcy królestwa byli zadowoleni i szczęśliwi, poza czarownicą Belzefą, która nie mogła sprzedać swoich mikstur, bo nikomu nie były one potrzebne. 

Dlatego wybrała się do króla i każdego dnia szeptała mu do ucha: „zobacz, twoja żona rozdaje szu-du-du na prawo i lewo, waszym dzieciom, na pewno ich dla ciebie zabraknie”. Najpierw król śmiał się i przekonywał Belzefę, że bardzo się myli. Niestety, z czasem zaczął bać się, że dla niego może zabraknąć. Wydał wtedy dekret, że wszyscy mieszkańcy królestwa muszą schować woreczki z szu-du-du do wielkich skrzyń, a wyjmować je będą mogli tylko przy okazji świąt, imienin i urodzin własnych i swoich bliskich.

Od tego czasu ludzie byli coraz smutniejsi, zaczęli ciężko chorować, wszczynali kłótnie i awantury. Tylko Belzefa zacierała ręce, bo znowu jej chata pełna była nieszczęśników. Żeby nie rozchorować się czy oszaleć z powodu braku szu-du-du, ludzie wymyślili plastikowe i zastępcze ciepełka, które w najgorszym wypadku przyjmowały postać zimnych, kłujących. 

Zamiast prawdziwymi, obdarowywali się plastikowymi szu-du-du, np. orderami i nagrodami za ciężką pracę, świadectwami z czerwonym paskiem czy wywiadem w znanej gazecie. Gdy ludziom brakowało plastikowych szu-du-du, to sięgali po zimne, kłujące. Bez znaków rozpoznania i jakiejś formy bliskości nie dawało się żyć. Dzieci często prosiły rodziców o szu-du-du ze skrzyni, ale ci przekonywali je, że nie mogą tego zrobić, bo ciepełek może zabraknąć. 

W nocy chowali woreczki jeszcze głębiej. Pewnego razu dzieci Matyldy i Franciszka poszły za miasto i zobaczyły mały domek z ogródkiem, w którym żyli babcia i dziadek z kotem i psem. Z przerażeniem spostrzegli, że ci starsi ludzie mają woreczki przyczepione do pasa i gdy przechodzą obok siebie – wyjmują puszyste ciepełka i wzajemnie się obdarowują. Zaczęły krzyczeć: „Co robicie, nie wolno, zabraknie ciepełek!!!”, ale babcia i dziadek uśmiechali się i obdarowali ich swoimi szu-du-du, nie chcąc nic w zamian. Woreczki wcale nie stawały się puste, a raczej coraz bardziej pękate. Dzieci zauważyły to, radosne pobiegły do domu i zaczęły przekonywać rodziców, że można wyjąć woreczki z szu-du-du, bo puszystych ciepełek nie ubywa. Jak myślicie, czy przekonali rodziców?


Źródło : Charaktery, portal psychologiczny

16 października, 2012

Siedzę w autobusie, przede mną widok na góry. Jest dobrze. Jednak coś mnie gniecie, uwiera, a ja nie mogę tego zlokalizować. Modlę się żeby to zniknęło, tłumacząc Bogu, że to zdarta płyta i to już zbyt uciążliwe.  Do autobusu wsiada dziewczynka, ma warkocze po pas, siada na przeciwko mnie i tak się uśmiecha, tak jej się iskrzą oczy, że nie mam więcej pytań. Raz...dwa...trzy...Przeszło mi!


A propos raz dwa trzy ...

I ja doczekam tego dnia! ...
Zmęczony burz szaleństwem

"Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany,
Już niczego nie pragnę, jeno wielkiej ciszy
I kogoś, kto zrozumie mój żal nienazwany,
Kogoś, kto mą bezsłowną tęsknotę usłyszy;

Kogoś, kto jasną duszą życie mi przepoi,
Iżbym w spokoju bożym wypoczął po męce,
Kogoś, kto rozszalałe serce uspokoi,
Kładąc na moje oczy miłosierne ręce.

Idę po szczęście swoje. Po ciszę. Do kogo?
Którędy? Ach, jak ślepiec! Zwyczajnie - przed siebie.
I wiem, że zawsze trafię, którą pójdę drogą,
Bo wszystkie moje drogi prowadzą do Ciebie." 


30 września, 2012

Z oscypkiem w świat

Wdy, kie sie bierem kajsik za granice, to pieknie se ryktujem kuferek, a do kuferecka, śródzi syćkiego, co mi bedzie na cudzej ziemie potrzebne, oscypek. Ba jakos! Na Słowacyjej, na Czechak, w Bułgaryjej, cy śródzi Rumunów o oscypku wiedzom, przeto ze u nik podobne pasterskie zwyki i tradycja wyrabiania sera. No dy przyjechałek w Portugalije, siedzem przed karcmom i pisem.
A we w tym moim malućkim przepatrzowcu, komputerku nima góralskik luterek, znacków, kresecek ponad luterkami, co ja ik uzywam do mojego gwarom pisania, uparcie, jako to stare oślisko, przeto pisem jako pisem. Kto wie, gware przecyta, a i Marcelowi bedzie łatwiej.
Posełek wcora do karcmy, przynapić sie kapecke piwa. Zarasecki my sie stowarzysyli s takim jednym Portugalcem, co mu było Jesus. Jesce jek nigdy w zyciu swoim ze zadnym Jezusem piwa nie pił!
Wreście sie mnie z ciekawości spytał, skond zek jes i co haw robiem?
Ja mu cysto piknie wyświetliłek, ze zek z Podhala, to taki końdek z Polski, i ze hawok swojom robote mam. On mi na to, ze musowo trza mnie brać do Fatimy, co byk uwidział figurke Najśwentsej Panny - Bez co ? - Pytam się do grzecnie . - My haw swojom w Ludźmierzu mamy, a na Krzeptówkach kopije fatimskiej.
Kopija to kopija - on rzece - hawok jest je prawdziwa, a o ludźmierskiej on nie wie, to pewnie jakasi płońsa ?
Poźrałek na niego, krew mie pomalucku zalała i gadam tej portugalskiej weredzie, coby mi o naskiej brzyćko nie rozprawował, bo ona walor wielgi ma! I byłaby piekna bitka, ino nas karcmarz pogodził, kie krzyknon, ze jak mu bardak w karcmie srobimy, to juz ani haw, ani nika we w tej dziedzinie piwa sie nie napijemy! No i dobre. Coby chłopa uspokoić, wyjonek oscypka, co zek go w turbce ze sobom przyniósł, i nukałek karcmarza do sprógowania. W zyciu swoim ón cegosi podobnego nie jadł i sie obawiał, coby mu nie zaskodziło. Wreście w gembusie wzion, pociumkał, przełknon, ocy wielgie srobieł i cosi woła do syćkik w karcmie! He, trza sie bedzie brać - myślem se- przy oknie nikogo nima, no to oknem hybne do pola i jus! Ba oni syćka prógować, a jenzykami mleć, a cyckać, ciumkać poceni i gwarzyć po portugalsku, ocy ku górze wywracajency. Zaceni mnie wypytywać o recepis, o technologije, z cegos to, a jakos to, bo u nik tes owce chowajom, samek widział godne kerdle. Na koniec, kie zek im rzókł syćko, co, jako i kany, jeden ś nik zawołał :
-Merda! A nie chódziło mu o jaki esik merdanie, ba o cosi brzyćkiego, i pedział, ze nic u nik z pucenia oscypków nie bedzie, bo Unija zabroni! Ón jus ta wie, bo robi hawok w magistracie. No i w samej rzecy - merda! Wej, kie my jus tak portugalski oscypek odpuścili, po cichućku przysiednon sie ku mnie taki mały, carny, chytry i gada mi ze ón fajny interes wyśtuderował.
Skoro  Polacy tak okrutnie poboźni, to ón by przywoził do nas, na sałas cudownom wode z fatimskiego źródełka, coby robić i oscypki mocyć.
Syćko by sie warciućko za dobre pieniondze sprzedało! Dobrze, nie bardzo, jak w góralskik ksionskak napisane, ba kie óni telo chytryk ludzi z takim pomyślunkem majom, to bez co u nik cały ten kryzys.

Sr. Queijo
Piotr Bies. Tygodnik Podhalański
S: Kiedy wracam z miasta to czuje duży mętlik w głowie, który ze sobą stamtąd przywożę jak by wszystko we mnie biegało, jakby chciało mi rozerwać głowę, czuje, że jestem chaotyczna, patrzę ale nie widzę.
 E: Masz na to jakieś sprawdzone sposoby? Pomaga Ci coś wrócić do siebie ?
 S: Medytuje, chodzę na samotne spacery, ale jest taki punkt we mnie, który mi trudno przekroczyć żeby to zrobić, czuje się jak alkoholik, który nie może przestać pić, jakby umysł mówił mi, że muszę przy nim zostać w tym mętliku,że to jest cholernie ważne, i, umysł biega jak płaczące dziecko, które się zgubiło.
 E: Kiedy udaje Ci się przejść przez ten punkt ?
 S: Dopiero po kilku dniach, kiedy już jestem bardzo zmęczona.
 E: Co wtedy czujesz kiedy "wracasz do siebie"?
 S: Czuje się spokojnie i szczęśliwie, widzę wszystko, potrafię obserwować tak jak lubię, cichnę w środku, nawet zmienia mi się głos.
 E: Jak widzisz swój wcześniejszy stan z perspektywy cichego spokoju ?
 S: Widzę to jako obłęd, zresztą szybko to ode mnie odchodzi i przestaje go pamiętać, nie wiem o co w tym stanie chodziło.

29 września, 2012

Podróż druga zapisana, przejechana z może z trzysetna.
Autobus spóźnił się piętnaście minut, po dworcu chodzi w tą i z powrotem wystrojona kobieta, która cały czas pod nosem powtarza, a nawet zwraca się do różnych osób z przekonującą (ale nie mnie) pewnością " No!, No! Jak zwykle się spóźnia, wie Pani...wie Pan on zawszę się spóźnia, z a w s z e!"
Jeżdżę tymi autobusami od lat i autobus spóźnił się chyba najwyżej trzy razy. No ale są tacy ludzie, którzy lubią podkreślać czyjś błąd, zwielokrotnić go i rozpowiedzieć dla dobra swojego ego i "rozdźwięczenia" swojej złości.
    Nowy autobus, nowy kierowca. Wsiadam, proszę bilet studencki do Zakopca, kierowca odpowiada, że studenckich już nie ma ale są i tu z uśmieszkiem zaczyna wymieniać wgapiając się w monitor kasy : dla inwalidów wojennych, dla ludzi z rządu, dla ofiar przemocy rodzinnej i wymienia dalej, a ja śmieje się  coraz bardziej. No! znalazł się jeden studencki ale tylko dla Pani!- krzyczy kierowca, patrząc na mnie z chochlikiem w oku.
Jest mało ludzi, mam swoje miejsce z tyłu autobusu, rozkładam się z koszykiem wiklinowym, pudłami, plecakiem, torbą z komputerem.
Jadę tak wygodnie z wyciągniętymi nogami tylko do Częstochowy bo tu niestety wsiada dużo ludzi. Obok mnie siadają dwie osoby, najpierw starszy Pan w garniturze z pięknymi kwiatami, które rozsiewają zapach dookoła, proponuje Panu, że przesunę pudła żeby mógł wygodniej usiąść, a Pan na to zadaje mi pytanie czy jestem malarką i siada na miejscu, z którego zabrałam pudła, a na kolanach kładzie pachnący bukiet kwiatów.
Za chwilę przychodzi kobieta w kapeluszu z pawim piórem i w złotym błyszczącym płaszczu, ma też pończochy samonośne, widać je wyraźnie bo ma krótką sukienkę, ta kobieta jest jakoś bardzo duża, przypomina mi węgierskiego dinoszaurusza , mniejsza z tym, kobieta teraz wyjmuję książkę i opiera ją na dużym kolanie ozdobionym fioletową pończochą, która w jej przypadku jakoś dziwnie nie wygląda zbyt seksi.
Przede mną siedzi paczka znajomych, jedną dziewczynę znam bo jechała ze mną wcześniej dwa razy, jest z koleżanką, która wygląda jak greczynka i ma bardzo delikatny, miły głos. Jest też dwóch chłopaków, jeden z nich głośno opowiada o tym jak ich kolega zasnął w barze na ręce, na której miał " pieszczochę", a kiedy się obudził, miał w czole dziury.
Zakładam słuchawki na uszy i odlatuje.
...Jesteśmy w Krakowie z dużym opóźnieniem, wysiadam z autobusu bo mam chwilę na wyprostowanie nóg i skoczenie do łazienki, wysiadając pytam kierowce ile mam czasu, on pokazuje mi  grupkę ludzi stojących w kolejce po bilet i odpowiada, że zdążę.
Udało się, odmeldowałam się, że jestem, zdążyłam, wsiadłam do autobusu zajęłam swoje miejsce, po jakimś czasie autobus ruszył, ale  zrobił kółko dookoła dworca i stanął znów na tym samym miejscu co mnie trochę zdziwiło ale pomyślałam sobie, że na kogoś czekamy. Założyłam słuchawki na uszy, mija 5 minut...mija kolejne 5, a my stoimy, ale widzę, że ludzie żywo na coś reagują, jakiś Pan stoi na środku i coś mówi, nagle Pan, który siedział obok mnie patrzy na mnie i coś mówi do mnie, zdejmuje więc słuchawki, teraz cały autobus odwrócony jest w moim kierunku, wyrwana z muzycznego transu, pytam co się stało, a ludzie odpowiadają, że kierowca na mnie czekał bo myślał, że nie wróciłam. Krzyknęłam, że jestem! Kierowca, wstał zza kółka i sam musiał sprawdzić jeszcze czy ja to ja. No! Jest Pani! A ja na Panią czekałem! No to zapinamy Pasy i odlatujemy proszę Państwa!
No więc mamy dodatkowe 10-15 minut spóźnienia.

W rezultacie w Zakopcu jestem ok 22, z dwiema godzinami opóźnienia przez korek przed Nowym Targiem, a w domu jestem o po 23. To była długa podróż.





"Przyjąwszy, że nawet pomiędzy najbliższymi istotami
ludzkimi, nie przestaje istnieć bezgraniczny dystans,
niezwykle współżycie dwojga ludzi będzie się
rozwijać; jeśli osiągną sukces w miłowaniu tej odległości
pomiędzy sobą, która każdemu z nich umożliwia
zobaczenie się wzajem w całości na tle nieba."
Rainer Maria Rilke

23 września, 2012


Przeglądam właśnie w gazecie zdjęcia mody ulicznej na Bedford Avenue. Często zaglądam również na http://www.thesartorialist.com/. Uwielbiam oglądać te zdjęcia, tych ludzi, nie tylko z powodu mody, która jest świetna ale dlatego, że Ci ludzie mają w sobie luz i swobodę. Gdzie u nas spotkasz na ulicy ludzi, którzy mogą tak swobodnie się wyrażać i bije z nich tak fajna , pozytywna, życiowa energia?. Są, ale dlaczego tak rzadko ?  U nas nawet ludzie ubrani w uśmiech wychodzą na wariatów, uśmiechasz się do kogoś na ulicy, a ten ktoś często podejrzliwie na Ciebie patrzy. Nie mówiąc już o swobodnym, odlotowym ubieraniu się bo wtedy na 99 % spotkasz się z brakiem tolerancji. U nas w Łodzi zostaniesz w najlepszym wypadku wyśmiany lub zbluzgany. Zastanawiam się jaka jest tego geneza, czemu nie potrafimy się sobą dziwić w pozytywnym sensie, podziwiać na wzajem i uśmiechać do siebie szczególnie jeśli jesteśmy sobie obcy.
Myślę, że oprócz mentalności, która przechodzi z pokolenia na pokolenia związanej z kompleksami, chodzi również o pieniądze, to gonitwa za kasą, jej brak i ciągłe użeranie się z systemem i z innymi ludźmi, którym obca jest tolerancja, to wszystko się zapętla. Nie ma u nas w Łodzi klimatu, który by sprzyjał wolności i ślebodzie ale wystarczyłoby trochę uśmiechu i wszystkim żyłoby się lżej.  





14 września, 2012

Ego



Nasze ego ma tendencję do nadymania się. Chcemy być skomplikowani. Kierują nami ambicje. Prostota zagraża istnieniu ego. 
Ludzie komplikują życie po to, by wzmacniać ego. Starają się podkreślać znaczenie swojej osoby w różnych dziedzinach życia społecznego, np. w polityce czy religii.
Także psychologia jest nastawiona na wzmacnianie ego.  Psycholodzy twierdzą, że człowiek potrzebuje silnego ego. Edukacja to system nagród i kar, który ma pobudzać twoje aspiracje i ukierunkowywać dążenia. Rodzice od początku twojego życia mieli wobec ciebie wygórowane ambicje. Myśleli, że być moze urodził im się syn o talentach Aleksandra Wielkiego lub też na świat przyszła córka na miarę Kleopatry. Od wczesnego dzieciństwa rodzice narzucali Ci swoje warunki. Jeżeli nie wykazałeś się szczególnymi uzdolnieniami i umiejętnościami, nie miałeś w ich oczach wartości. 
Człowiek kierujący się prostymi zasadami uchodzi za głupca. Nie stał się celem społecznego rozwoju.
Dziecko przychodzi na świat jako prosta istota. Jest czyste jak niezapisana kartka. Na tej karcie najpierw swoje życzenia zapisują rodzice. Określają, kim ma się stać ich dziecko. Następnie do procesu warunkowania włączają się nauczyciele, kapłani i przywódcy polityczni. Wszyscy oczekują od dziecka by stało się kimś znaczącym. 
Prawda wygląda jednak inaczej. Jesteś istotą ludzką, jesteś sobą. Nie musisz stawać się kimś innym. Prostota oznacza że pozostajesz w zgodzie ze sobą i nie wstępujesz na scieżkę stawania się kimś specjalnym. Jest to bowiem droga nie kończących się poszukiwań. Nigdy nie będziesz mógł stwierdzić " Zakończyłem swoją wędrówkę. Dotarłem na szczyt swoich pragnień."   Tego nie mógł uczynić nikt z całej historii ludzkości. Poruszamy się bowiem po kole. Zawsze znajdzie się jakaś osobą, która w jakiejś dziedzinie nas wyprzedza. Możesz zostać prezydentem USA. Będziesz czuł się jednak gorszy w konfrontacji z Muhammadem Alim. Nie masz takiej potężnej, zwierzęcej siły. Muhammad Ali może wymierzyć silny cios w nos Ronalda Reagana, a ten znajdzie się na ziemi. 
Możesz zostać premierem. Kiedy jednak spotkać Alberta Einsteina, możesz poczuć się jak karzeł. Życie jest niezwykle bogate, wielowymiarowe. Nie możesz odnosić sukcesów we wszystkich dziedzinach. Silnie rozbudowane ego to rodzaj choroby. Społeczeństwo chcę abyśmy byli chorzy duchowo. Kiedy jesteśmy zdrowi i wewnętrznie zintegrowani, stanowimy zagrożenie dla dominujących w społeczeństwie grup interesów. 
Nauczam, że powinieneś pozostać w zgodzie ze sobą i zaakceptować siebie.
Postawa " stawania się" jest chorobą, natomiast postawa " bycia" przesądza o zdrowiu. Nie zaznałeś dotąd smaku prostoty, zdrowia i błogości. Społeczeństwo nie pozwoliło ci na to. Poznałeś tylko jedną ścieżkę, którą podążasz. Musisz uwolnić się od wszelkich narzuconych ci programów. Jeżeli pragniesz doświadczać radości, spokoju i wspaniałości życia, musisz porzucić fałszywe ego.
Ego jest swojego rodzaju fantazją. Nie istnieje. Musisz po prostu otrząsnąć się ze snu, obudzić i dostrzec niezwykłe piękno pierwotnej niewinności. Uganiasz się za cieniem, którego nigdy nie możesz złapać. Zapominasz przy tym o skarbach przyniesionych ze sobą na ten świat. Zanim będziesz mógł spełnić wszystkie pragnienia ego, zaskoczy cię śmierć. Życie jest zbyt krótkie i zbyt cenne, aby przeznaczać je na spełnianie zachcianek ego. 


Księga ego - Osho

13 września, 2012

Zwierciadło to dar czy przekleństwo ?

Czy do zasady zwierciadła w rozwoju osobistym należy się aż tak bardzo przywiązywać ?
Nie chodzi mi o strach przed patrzeniem na innych jako na nasze odbicie, chodzi mi o zdrowy rozsądek. Zasada ta mówi, że wszystko co w Twoim życiu się pojawia jest odbiciem Ciebie.
Celowo używam słowa "zasada" ponieważ wiele ludzi traktuję ją jakby nie było od niej odstępstw, a moim zdaniem to błąd. 
Jeśli jesteśmy wystarczająco świadomi, znamy nasze ciało i umysł, zauważymy, a raczej poczujemy co jest naszym odbiciem, a co nie.
Niektórzy rozwojowcy i psychologowie bardzo się uczepili "zwierciadła" i zrobili z niego zasadę bez odstępstw, podali narzędzie bez instrukcji co grozi psychicznym kalectwem, niektórzy używają tego jako głównego narzędzia wg którego mamy poznawać siebie. 
Powstaje pytanie czy analizowanie każdej napotkanej osoby, która w jakiś sposób staje nam się bliska i przeglądanie się w jej odbiciu nie jest zbyt męczącą praktyką ?
To jest wchodzenie w analityczne myślenie, które potrafi ( choć nie koniecznie musi) zabić nasz potencjał. Myślenie na zasadzie : 'Aha...przyciągnąłem tą osobę...skoro ona ma wyraźną depresję i siedzi całymi dniami w domu, nie ma ochoty na życie to znaczy, że skoro spędzamy wspólnie tyle czasu we mnie również muszą być pokłady depresji i chowania się przed światem...' - i tu znów silnie przywiązujemy się do myśli czyli tracimy lekkość, a twórcze myślenie zanika.  Człowiek zaczyna się plątać. Dla osoby, która jest w dołku, na życiowym dnie, w depresji ten rodzaj poznawania siebie może być przekleństwem. Nie wyważone używanie tego narzędzia bez instrukcji, może prowadzić do obłędu lub po prostu cierpienia.


Znowu jest późno, 3 nad ranem ... ( jakaś piosenka tak się zaczynała?)
Siedzę w górach,  korzystając z ostatnich tu podmuchów ciepła śpię przy szeroko otwartym oknie. Pies kochany staruszek kaszle, kot wyciągnął swoje czarno-białe łapska i rozkoszuje się snem.
Ja jakoś jeszcze nie mogę, za chwilę przyłożę głowę do poduszki...tak sobie mówię od 4 godzin.
Ostatnio...życie bez mężczyzny, znów wkroczyłam delikatnie w stan samotności i niech tak będzie dopóki nie pojawi się coś soooczyście prawdziwego.
Lubię tą samotność, bo robię wszystko co robić powinnam w zakresie rozwoju własnego, nikt nie mówi jak powinnam wyglądać, co powinnam zrobić i ...żyje mi się bardzo dobrze i wszystko jak się należy układa...i mam energię do życia...żadne męskie ego nie plącze mi się pod nogami i nie zabiera mi tchu.
Na razie jestem na etapie dziecinady, podziwiania odległego aktora, który w całości mógłby być idealny. Ach...jakże ta odległość i infantylne podziwianie są bezpieczne.
Żarty żartami ale chyba pierwszy raz w życiu w temacie dla mnie najważniejszym czyli w miłości mam zupełną pustkę, nie mam wizji, przestałam kombinować, nie myślę kiedy, jak, kto.
Czy to potrzeba odpoczynku, oswojenia się na nowo ze sobą "samotną" ? Czy może zwątpienie, niechęć i zmęczenie ? A może czas na zupełnie inne rzeczy ?
Tak...to jest właśnie ten czas...,a reszta sama przyjdzie...odpowiada mi wielki złoty głos z mojego wnętrza. Jedno jest pewne, że to nie ja będę zabiegać o mężczyzne, mam wielce prawdziwe kobiecą potrzebę aby ktoś tym razem pozabiegał o mnie jak prawdziwy mężczyzna.
Idę spać 3.18

11 września, 2012

Pierwsza zapisana podróż, a przejechana gdzieś z trzysetna.

Kierowca : Czarny, zawsze miły, przejechaliśmy razem tą trasę wiele razy, zawsze stołujemy się w tym samym barze w Częstochowie ( do barów zawszę chodzę za 'stałymi' kierowcami, oni wiedzą co dobre na trasie )

Odprowadził mnie tata, czeka na odjazd autobusu.
Za mną usiadł facet na "moim" miejscu czyli na samym tyle gdzie prawię zawszę mogę wyciągnąć nogi, podłożyć torbę pod głowę i spać. Tenże, który nie wyczuł niepisanej rezerwacji stałej podróżniczki jest posiadaczem bardzo cienkiego głosiku niczym tenor eunuch, rozmawia z dziewczyną przez telefon, opisuje wygląd autobusu i tego co widzi za oknem : No wiesz kochanie, tu nic ciekawego nie ma, tramwaje jadą, są wiadukty i sklepy są ( Jakie sklepy?! nie ma sklepów na naszym 'europejskim' dworcu PKS, ani bankomatów! do cholery! ).
Z głośników autobusu leci ten cały kręcony blondyn albo brunet, który śpiewa rzewnie o miłości z majestatycznym chórem dlatego zakładam za chwilę słuchawki na uszy.
Przede mną siedzą dwie dziewczyny, które rozmawiają o tym, że w tym sezonie modne są koronki ( okazuje się, że się odnajduje w świecie mody bo posiadam dwie koronkowe bluzki )
Jedna z dziewczyn dzwoni do mamy z pretensjami, że warzywa przeciekają jej w plecaku, ona cała i cały autobus jest w warzywach ( mniam)
Teraz znowu trajkoczą o tym, że ich koleżanka miała dziurę w spodniach ale o tym nie widziała, a one jej nie powiedziały...i tu gromki śmiech dziewcząt.
W tym samym czasie facet z cienkim głosem nadal gada przez telefon i tym razem mówi głośniej bo usiłuje przekrzyczeć silnik.
Zakładam słuchawki na uszy, słucham nowego Gahana z Soulsavers i odlatuje.

( Niedługo przesiadam się na samochód i będę zdawać relację z przydrożnych barów)

27 sierpnia, 2012

Sztuczny kwiat i bilet do kina. Życia Panowie, Ikry (jaj) i kultury!


Pewne rzeczy się czuje, a inne nie i lepiej zawsze iść w parze z tymi pierwszymi.
Np. są faceci, którzy kiedy kobietę zaproszą do kina to nie zawsze czują, że fajnie by było gdyby zapłacili za bilet, to wszystko jest na zasadzie : 'och jak ja kocham moje odbicie w twych oczach, a reszta niech się dzieje jak chce.'
 Ja z kolei takich facetów nie czuje, jak i nie czuje zakładać sobie w domu jarzeniówek lub otaczać się sztucznymi kwiatami.  Męczące to i nijakie.  Życia Panowie, Ikry (jaj) i kultury!

22 sierpnia, 2012


Uwielbiam patrzeć jak wnętrze domu przeradza się wraz z duchem, postrzeganiem i energią człowieka.
Rozsiewać ducha po domu, do każdej drobnej rzeczy przywiązać wagę. Bez przywiązywania się do rzeczy ale współgrania ze wszystkim wzajemnie. Każdy szczegół jest ważny, oświetlenie, ustawienie fotela, zapach, drewno, biel, ciepło, zapach wieczoru i zapach poranka, zapach jedzenia i jego przygotowanie - z takim samym oddaniem kiedy jesz z kimś i kiedy jesz samemu.
Żeby się czuć spokojnie, żeby móc swobodnie tańczyć, rozmawiać, śmiać się, żeby w każdym milimetrze była przestrzeń na oddech i na twórczą myśl, w każdym miejscu harmonia i płodny pierwiastek twórczości, intuicji, ognia i wody tak żeby móc  wygodnie i bezpiecznie  się zrelaksować, nie tracąc czujności na tu i teraz. Taki jest mój prawdziwy dom- spokojny i ciepły

05 sierpnia, 2012

Carl Jung - Czerwona Księga


"The depths are stronger than us; so do not be heroes, be clever and drop the heroics, since nothing is more dangerous than to play the hero. "



29 lipca, 2012

Czas psychiczny jako rodzaj obłędu

Jeśli popatrzysz jak działanie czasu psychicznego przejawia się w życiu zbiorowym, przestaniesz wątpić, że jest on chorobą umysłową. Przybiera postać ideologii- komunizmu, socjalizmu narodowego czy innego nacjonalizmu - lub skostniałych wierzeń religijnych, w które wpisane jest założenie, że najwyższe dobro leży gdzieś w przyszłości, a zatem cel uświęca środki. Cel jest ideą, punktem ulokowanym w przyszłości, wyprojektowanej z umysłu, i po dotarciu do tego właśnie punktu osiągalne wreszcie stanie się zbawienie w takiej czy innej formie ( szczęście, spełnienie, równość, wolność itd.) Droga do owej ziemi obiecanej często wiedzie poprzez zniewalanie, torturowanie i mordowanie ludzi w teraźniejszości. Szacuje się, że aż pięćdziesiąt milionów wymordowano dla sprawy komunizmu, aby urządzić " lepszy świat"w Rosji, w Chinach i gdzie indziej. Jest to przygnębiający przykład tego jak wiara w przyszłe niebo potrafi stworzyć teraźniejsze piekło. Czy można więc wątpić, że czas psychiczny to ciężka i niebezpieczna choroba umysłowa ? A jaki schemat działania umysłu realizuje się w twoim życiu ? Czy nieustannie usiłujesz dotrzeć gdzieś, gdzie jeszcze cię nie ma ? Czy większość twoich przedsięwzięć to tylko środki, a nie cele ? Czy spełnienie jest stale tuż, tuż ? A może doznajesz go jedynie dzięki krótkotrwałym przyjemnością jak seks, jedzenie, picie, narkotyki lub rozmaite podniety i atrakcje ? Czy zawsze koncentrujesz się na tym, żeby stać się kimś, coś zdobyć albo osiągnąć ? Czy uganiasz się za coraz to nowymi dreszczami i rozkoszami ? Czy wierzysz, że jeśli posiądziesz więcej dóbr materialnych, to dostąpisz większego niż dotąd zaspokojenia, będziesz nareszcie dość dobry albo psychicznie spełniony ? Czy czekasz na kogoś - mężczyznę lub kobietę - kto nada twojemu życiu sens ? Kiedy świadomość pozostaje w normalnych, nieoświeconym stanie utożsamienia z umysłem, czas psychiczny całkowicie przesłania moc i nieskończone możliwości twórcze, które skrywa w sobie teraźniejszość. Z twojego życia znika wtedy dźwięczność, świeżość, poczucie cudowności. W myśleniu, emocjach, zachowaniach, reakcjach i pragnieniach raz po raz przejawiają się stare schematy niby bez końca powtarzane refreny, zapisany w umyśle scenariusz, który wyposaża cię w jakąś tam tożsamość ale zniekształca rzeczywistość bieżącej chwili.  Umysł nabawia się obsesji na punkcie przyszłości jako azylu, w którym próbuje się chronić przed niezadowalającą teraźniejszością.


E.Tolle

10 lipca, 2012



Szczerze mówiąc czasem jestem sobą przerażona i zastanawiam się gdzie to wszystko się podziało. 
Dlaczego jestem sobą przerażona ? Bo wszystkie pełne świeżości, młodzieńcze idee topnieją prędko w codziennej rzeczywistości.
Bardzo czasem tęsknie za wewnętrzną urodą dziecka, które  żyje na przekór temu światu, zaczyna się buntować i  tworzyć własne idee. 
Najgorszy jest moment kiedy dziecko zaczyna konfrontować z rzeczywistością te swoje pomysły, tzn na samym początku jest to zderzenie ze zdaniem dorosłych, którzy najczęściej powiedzą, że tych idei nie ma co się trzymać, a nawet nie wolno bo obowiązuje jakiś porządek, tego i tamtego nie wolno robić  bo przecież zostaliśmy wytresowani do konkretnych zadań i zachowań.
 To błąd bo z tych niedojrzałych, młodzieńczych pomysłów może rozkwitnąć coś wielkiego i pięknego, chodzi o odrobinę przestrzeni do popełniania błędów i cieszenia się sukcesami. 
Pamiętam jak kiedyś nie zgadzałam się wewnętrznie na brak fantazji i znieczulice, która panuje na ulicach, w ludziach, na budynkach, w sklepach, gdziekolwiek, szczególnie tu w Łodzi.
 Tworzyłam swoją przestrzeń i realizowałam w nim swoją fantazję na temat tego świata. Gdzie to wszystko do cholery ? Gdzie ta piękna dziecinada ? Gdzie młodzieńcza lekkość? Myślenie i działanie trochę na przekór szarzyźnie i wszechobecnej 'spłyczcyźnie' ?

31 maja, 2012

W mojej głowie jest tyle zajęć, że zabrakło mi czasu na "swoje" pisanie.  Czy czas mam wypełniony górą roboty ? Praktycznie raczej nie. Ale w głowie mam tyle zadań, że zabrakło mi miejsca.  Obrona, praca, dwa domy, nieustająca podróż. Wykonuje czynności, które mają mnie przybliżyć do zupełnie samodzielnego życia, czy to jest to czym na prawdę chcę się zajmować ? coś mi mówi, że na razie muszę.  Nadal sobie marzę ogromnie o tym, że chcę robić to co kocham. I tak będzie bo czemu by nie. Oczywiście cały czas krążę między górami, w których bez końca jestem zakochana, a Łodzią, która mnie zadziwia na różne sposoby czasem w taki sposób, że szybko potrzebuje od niej odpocząć. Przyzwyczajona do życia blisko natury tu w górach, w mieście siadam wieczorami wśród mnóstwa kwiatów na moim balkonie, nawet mnie nie ciągnie do gwaru, nie ciągnie mnie do tego hałasu. On czeka na mnie, ja czekam na niego. Tak mija mi ostatni czas. Po za tym cały czas ćwiczę bycie tu i teraz, bez tego całego zamieszania w głowie, i poczucie, że za jedną cholerną rzeczą przychodzi następna.

11 maja, 2012


Ludzie boją się tego, co w środku,a tylko tam znajdą to,czego im potrzeba.
Ty źle sypiasz. Może dlatego, że nocą,gdy cichną hałasy wokół ciebie,a ty leżysz sam i nikogo nie ma w pobliżu czujesz strach.
Strach przed nagłym poczuciem pustki. Mówisz, że chcesz być kimś wiecej,niż małpa pokazującą na kółkach dwie wyćwiczone sztuczki.Że chcesz wykorzystywać swoje ciało i umysł w sposób,na jaki większość ludzi nie ma odwagi...




09 maja, 2012





Na naszych oczach ginie jedna z najcudowniejszych sztuk a zarazem najlepszy lek dla skołatanej psychiki - szczera rozmowa. Umiemy prezentować własne poglądy, przemawiać, kłócić się, opowiadać, ale nie umiemy rozmawiać. Bo rozmowa to nie tylko wyrzucanie z siebie tego, co nas gnębi, denerwuje czy oburza, to także wsłuchiwanie się w drugiego człowieka, szczere zainteresowanie się jego problemami i przeżyciami. I jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego tak trudno dziś o prawdziwą przyjaźń, także w małżeństwie, to odpowiedź jest jedna- odejście od tego, co stanowiło niegdyś istotę każdego bliskiego związku dwojga ludzi, odejście od rozmawiania ze sobą.
Jeden z psychologów amerykańskich, specjalizujący się w problematyce konfliktów małżeńskich, przeprowadził niedawno badania dotyczące czasu poświęcanego na rozmowy pomiędzy przeciętnymi małżonkami. Czuły mikrofon, podłączony do magnetofonu, rejestrował każde wypowiedziane w ciągu tygodnia słowo. I cóż okazało się ? Przeciętne małżeństwo ze 168 godzin, jakie liczy tydzień, na rozmowę ze sobą poświęciło...17 minut! Podkreślam! 17 minut w ciągu tygodnia, nie w ciągu dnia !
Jak więc ci ludzie mieli się wzajemnie rozumieć, czuć ze sobą trwale związani, skoro praktycznie rzecz biorąc wyłącznie komunikowali się ze sobą – wydawali polecenia, udzielali informacji, ale nie rozmawiali, nie starali się spojrzeć w głąb siebie.
Charlie Sheed, autor popularnych w USA poradników psychologicznych, napisał w jednej ze swoich książek, iż zaraz po ślubie zawarł ze swoją żoną swoistą umowę.
Postanowili przynajmniej raz w tygodniu zjadać jeden wspólny posiłek. Tylko we dwoje.
Bez rodziców, przyjaciół, dzieci. Z biegiem lat stawało się to coraz trudniejsze. Rodziły się dzieci ( pięcioro!), przybywało obowiązków, ale rytuał trwał. Nawet w okresach największego obciążenia udawało się im uciec od najbliższych na intymny obiad lub kolacje we dwoje.
Drugi punkt umowy przewidywał codzienne piętnastominutowe wnikanie w głąb siebie.
To znaczy piętnaście minut absolutnie szczerej rozmowy, wzajemnego odsłaniania duszy.
To wystarczyło, by stworzyć bardzo trwały, wręcz modelowy związek.
Charlie i Marta stali się bowiem nie tylko mężem i żoną, ale parę najbliższych przyjaciół.
Takie chwile tylko dla siebie są potrzebne w każdym związku, nie tylko małżeńskim. Powinni zarezerwować je dla siebie przyjaciele, rodzeństwo i rodzice z dziećmi.
Któż z nas potrafi szczerze i otwarcie rozmawiać z dziećmi ? Pouczamy je, strofujemy, krytykujemy lub chwalimy, ale nie rozmawiamy z nimi spokojnie, bez pośpiechu – więcej słuchając, niż mówiąc. To także bardzo ważne. Prawdziwa przyjaźń bowiem częściej słucha, niż mówi...
Piękną sztukę rozmowy, którą tak wysoko ceniła starożytność, a nowożytność znakomicie rozwinęła, zabijają stały pośpiech, pogoń za groszem, telewizja. Spróbujmy jednak wziąć przykład z Charliego i Marty Sheddów, a staniemy się sobie prawdziwie bliscy.

Nina Grella